Biblioteczka buddyjska vol. 5

BIBLIOTECZKA BUDDYJSKA (vol. 5)

Sogyal Rinpocze
BEZPOŚREDNIE DOŚWIADCZENIE MEDYTACYJNE

Tłumaczenie polskie:
Karma Jinten Sangpo

Kraków
w Roku Drewnianego Psa

Książka ta jest poglądem na całą duchową ścieżkę widzianą w świetle
doświadczenia medytacyjnego.
Jest ona dedykowana szczęściu wszystkich czujących istot.

Reakcją na materializm naszego stylu życia jest wzrastający głód bardziej
satysfakcjonującej alternatywy. Częścią tego stała się rosnąca świadomość
i zaznajomienie się z różnymi podejściami duchowymi. To, co zaczęło się w
latch 60-tych jako moda, z wolna staje się coraz bardziej autentyczne i
zrównoważone, a nacisk kłodzie się na poważną praktykę. Bez względu na to,
czy jesteśmy hinduistami, buddystami, chrześcijanami czy muzułmanami,
spoglądamy na siebie na bardziej otwartym i uprzejmym poziomie.
Zapał uczniów z Zachodu do pracy z duchowymi dyscyplinami ujawnia zarazem
potencjalne niebezpieczeństwo lgnięcia do fascynacji i koloru zewnętrznych
pułapek, zamiast do istoty dyscypliny oraz wykorzystywanie ścieżki do
usprawiedliwiania i upiększania wycieczek ego. Prawdziwa podróż jest
procesem porzucenia ego.

ŹRÓDŁA POMIESZANIA

Źródła pomieszania możemy zrozumieć dopiero wtedy, gdy jesteśmy
oświeceni. W nauczaniu Buddy przedstawia się to jako pewnego rodzaju
proces, który został nam przekazany przez wielkich nauczycieli. Proces sam
w sobie jest iluzją. Wyzwolenie jest możliwe w każdej chwili. Jesteśmy
odpowiedzialni i zachowujemy pełną kontrolę. Pomieszanie nie jest grzechem
pierworodnym.
Jest to wyjaśnienie tego, jak się rzeczy miały i jakie są, nawet jeśli
musi to być bardzo ogólna i krótka analiza, ponieważ zawiłości pomieszania
są tak bardzo niestałe.
Umysł w jakiś sposób w mgnieniu oka się rozproszył. Mówiąc uczciwie, nie
wiemy jak, ani kiedy do tego doszło. W tym sesnie znikąd i bez żadnego
powodu pojawia się poczucie utraty i lęk. W tym lęku i utracie chwytamy tę
przestrzeń jako dwie odrębne rzeczy: „ja” i to co „inne”. Chwytamy się
„ja” i z punktu widzenia „ja” próbujemy odnosić do tego co „inne”.
Niewiedza na temat tego, czym jest związek „ja” i „innego” sprawia, że
cała ta struktura wydaje się być jeszcze bardziej trwała; ciągle więc
istnieje lęk.
Jest to tak zwane „ego”.
„Ego” czuje właściwości swego otoczenia i reaguje na nie w sposób
impulsywny:
Chwyta się tego, co jest atrakcyjne, odrzuca to, co jest nieprzyjemne lub
budzi grozę, a także ignoruje to, czego w obrębie swego terytorium nie
uznaje, ani nie postrzega jako znajomego.
Wówczas zjawiska zostają schludnie uporządkowane i w „inteligentny” sposób
podzielone na kategorie. Jeżeli pojawia się coś, co może dla nas stanowić
groźbę lub przeciwieństwo, odpowiadamy agresją, namiętnością lub
niewiedzą.
Ostatnią fazą w tym procesie jest stworzenie kompletnych fantazyjnych
światów, aby dodać barw i „połysku” naszemu „ego”, utrzymywać go w stanie
oszołomienia i zahipnotyzowania w strachu przed sobą.
Ten postępujący bez wytchnienia, samouwieczniający się proces jest „prawem
karmy” (działaniem opartym o ego). Negatywne działanie ma miejsce wówczas,
gdy „pogląd ego” zachowuje się w sposób egoistyczny, mając na uwadze cele,
które bronią i pobłażają sobie. Pozytywne działanie jest wtedy, gdy działa
się z większą czystością motywu.
Jednak bez względu na to, czy działania są pozytywne czy nie – wszystkie
one są karmą.
Każde działanie zawiera w sobie skutek, który z kolei żywi przyczynę
kolejnego skutku. Każde działanie nie tylko powoduje bezpośredni skutek,
lecz także stwarza pogłos, stwarzający odpowiednie okoliczności.
Przypomina to wrzucenie kamienia z łodzi do stawu; fale i wibracje
spowodowane wstrząsem, zaczynają kołysać łodzią, z której wyrzucono
kamień. Nikt nie jest w stanie uniknąć bezpośredniego skutku przyczyny,
podczas gdy skutki uboczne mogą zostać łatwo zmodyfikowane. Ponieważ nie
widzimy bezpośredniego skutku określonej przyczyny, czyli karmicznego
wzorca, wydaje się, że nasze działanie łączy się z innym, szczególnie
wtedy, jeśli robimy tak wiele rzeczy z tak dużą prędkością i niewielkim
poczuciem świadomości (nasze życie nie jest proste). Powoduje to powstanie
w naszej pamięci apatii; z trudem przypominamy sobie rzeczy, które miały
miejsce kilka godzin temu. Sami zobaczmy cały wzorzec wydarzeń.
Jednak czasami mamy silną intuicję lub poczucie winy, które mówi nam,
które z naszych działań spowodowało powstanie konkretnego skutku czy
sytuacji.
Ten pozornie trwały proces przesłania wszelką możliwość ucieczki. Dochodzi
do niego za pośrednictwem ciała, mowy i umysłu i stopniowo zasypuje nas,
warstwa po warstwie, neurozami, zahamowaniami umysłu czy uprzedzeniami,
blokami w komunikacji, a nawet złym funkcjonowaniem ciała. Stwarzają one i
żywią nawykowe tendencje, które bardzo trudno jest choćby zobaczyć, i
wskutek tego zmienić, ponieważ są przenikające i tak bardzo nasyciły nasze
życie. Szczególnie prawdziwe jest to w przypadku przywiązań emocjonalnych,
takich jak:
– pochwała i obmowa
– nabytek i strata
– przyjemność i ból
– przyjemne i szorstkie słowa.
Nasze przywiązania posiadają magnetyczną siłę przyciągającą, która nas
niewoli. Nawet jeśli rozumiemy je intelektualnie, dominują nad nami i nie
potrafimy się ich pozbyć.
Każde działanie stwarza odpowiedni skutek, który z kolei oddziaływuje na
naszą sytuację; taka jest natura zmiany. Innymi słowy, działanie bez
zmiany czy nietrwałości jest nie do pomyślenia i vice versa.
Nietrwałość to proces pobudzany przez karmę i doświadczany jako nie
kończący się proces frustracji i braku zadowolenia.
Ostateczną naturą nietrwałości jest śunjata (pustka). Nic nie jest w
sposób wrodzony rzeczywiste, wszystko jest przemijającym przedstawieniem.
Wszystko nieustannie przechodzi przez narodziny i śmierć; nawet
nietrwałość jest nietrwała. Istnieje tylko seria poruszeń istnienia,
zupełnie z sobą nie związanych, które same z siebie wspaniale działają.
Omamieni, próbujemy powiązać z sobą chwile, jakby próbując dwukrotnie umyć
te same brudne ręce w tej samej bieżącej wodzie. Próbujemy zamrozić proces
zmiany, aby przez to zakryć nietrwałość, w ten sam sposób, w jaki widzimy
poruszające się nieciągłe klatki filmu jako trwałą rzeczywistość.
Chcemy sprawować kontrolę, wiedzieć, na czym stoimy, planować i budować na
naszych założeniach. To sprawia, że czujemy się bezpieczni, dostarcza nam
to poczucia trwałości i stabilności. Gdy jednak próbujemy uchwycić naszą
egzystencję za pomocą tego poglądu o trwałości, ktoś wyrywa nam dywan spod
nóg. Podstawy naszego wygodnego i bezpiecznego tworu zaczynają drgać.
Balon pęka, a my doświadczamy szoku i niespodzianki, rozczarowania, bólu i
frustracji.
Porównajcie opowieści o domach wzniesionych na skale i na piasku. Nasz dom
powinniśmy zbudować na skale urzeczywistnienia nietrwałości i śunjaty, a
nie na piasku – iluzji trwałości. Jakże niewielu z nas przeżywa swoje
życie czując świadomość nietrwałości, to, że musimy umrzeć.
Jeśli raz zaakceptujemy zmianę z poczuciem humoru i bez oporu, ból się już
nie pojawi.
Wszystko jest w porządku; nikt nas nie wciąga w pułapkę. Trudności
pojawiają się dlatego, ponieważ odrzucamy fakt nietrwałości, a kiedy ma to
miejsce, opieramy się zmianie, ponieważ nie dostosowuje się do naszego
planu. Jesteśmy więc ostatnimi, którzy wiedzą, co się dzieje i dlaczego
nie możemy dojrzeć, ponieważ zawsze zostajemy o jeden krok w tyle za
zmianą. To „ego” się na nas wspiera; bez niego nasze problemy są
przejrzyste, i, co więcej „pozbawione ego”.
„Ego” jest złudzeniem, które powoduje powstanie chaosu. Od nas zależy, czy
zrozumiemy, że zdemaskujemy jego konspirację i ośmieszymy samo jego
istnienie.
Możecie myśleć, że nie ma żadnej trzeciej osoby zwanej Ego, którą wszyscy
potępiamy i o której tyle mówimy. Nie ma takiej rzeczy jak „ego”. Dlatego
tak niebezpieczne jest to, gdy – zamiast pozwolić sobie być „bez ego” –
bierzemy „ego” zbyt poważnie. Od samego początku rzeczywiście możemy
stworzyć „ego”, nadać mu jakąś strukturę, substancjalną egzystencję. To
jest broń „ego”… Ach! Cóż ja mówię?! – nie ma żadnego „ego”.
Musimy więc przyjrzeć się naszemu życiu, aby zobaczyć, co robimy i
powstrzymać czynienie rzeczy w taki zręczny, wprowadzający się w błąd i
mechaniczny sposób. Nasze nadzieje nie są niczym innym jak tylko
fantazjami, pasemkiem złota na końcu tęczy. Obawiamy się, że jeśli nie
pójdziemy uczęszczaną ścieżką, w naszym życiu pojawi się przerwa; boimy
się nieskonkretyzowanej przestrzeni. Nasze poczucie braku bezpieczeństwa
to polisa ubezpieczeniowa naszego „ego”. Pracujemy więc, aby pracować,
wypełniać przestrzeń, tracąc przez to całościową perspektywę, mijając się
z sednem rzeczy. Gramy w „cieszącą się uznaniem” grę, bez zaufania czy
spontaniczności robienia czegokolwiek, co nie jest monotonne, banalne czy
mechaniczne. Nigdy nie dojrzewamy. Zawsze próbujemy sprawdzić się na
jednym bądź innym polu, aby zyskać poklask czy zadowolenie „ego”.

ŻYCIE PEWNEGO CZŁOWIEKA

Byłem najstarszym synem. Oczywiście, pokój dziecinny. Szkoła i
uniwersytet. Rodzice życzyli mi sukcesu i możliwości, jakich sami nigdy
nie mieli, pracowałem więc ciężko. Robiłem co mogłem, chociaż często
czułem się osamotniony. Znalazłem bezpieczną pracę, rokującą nadzieje na
przyszłość, chociaż nie była ona zgodna z kierunkiem moich studiów. Potem
poznałem dziewczynę. Była miła i kochała mnie, chciała, żebyśmy mieli
dzieci. Moi rodzice polubili ją. Wzięliśmy ślub. Wszystko było zbyt
piękne, żeby mogło być prawdziwe. Mieliśmy troje dzieci, same dziewczynki;
wolałbym żeby to byli chłopcy. Czasy stały się trochę cięższe, ponieważ
nie osiągnąłem jeszcze tego, o czym marzyłem. Potrzebowaliśmy większego
domu i innego samochodu, ale musieli na to poczekać. Wpadałem w paranoję
na myśl, że mogę zawieść żonę – cała rodzina zależała ode mnie – coraz
więcej czasu spędzałem więc pracując. Musiałem odnieść sukces. Czasami
zastanawiałem się, czy ona naprawdę mnie kocha.

Nie ma mnie tutaj, ani tam!
Żyję w mieście, blisko milionów twarzy, ubrań, domów i miejsc zabawy.
Jakież możliwości wyboru, działania, znalezienia towarzystwa, życia.
Picie, taniec, rozmawianie, uczenie się, śmianie, praca, jedzenie… Nie
mógłbym żyć bez miasta.
A z tym wszystkim, kilka razy dziennie pragnąłem być sam. Sam z moją
miłością, moimi przyjaciółmi, książkami i rzeczami, w moich czterech
ścianach. W domu. Spokojny czas harmonii, intymności i współbycia.
Chciałbym, abyśmy tego wieczoru byli sam. Tylko we dwoje. Zostawmy na
chwilę całe to miasto.

Zostałem awansowany i zacząłem jeździć za granicę. Nie miałem nawet chwili
na odpoczynek. Funkcjonowałem na środkach uspokajających i pigułkach
nasennych. Moja żona miała więcej czasu dla siebie i własnych przyjaciół.
Rzadko bywałem w domu, tak że znalazła sobie kochanka. Z zazdrości
odchodziłem od zmysłów; czułem straszliwy brak poczucia bezpieczeństwa.
Chciałem, aby wszystko między nami było tak jak dawniej, kupiliśmy więc
nowy dom. Mieliśmy więcej pieniędzy, ale było już za późno – rodzina się
rozpadła. Kłóciliśmy się o rachunki, dziewczęta, seks, źle przyrządzone
posiłki. Żona ciągle miała kochanka. Potem, na domiar złego, umarła
jeszcze moja matka.
Dzieci doprowadzały mnie do rozpaczy. Najstarsza córka była inteligentna,
zaczęła właśnie studiować na uniwersytecie, ale została hippiską i
„odjechała”. Opuściła dom i wspólnie z chłopakiem zamieszkała w skłocie.
Druga była na pół obłąkana i mając piętnaście lat zaszła w ciążę.
Przerwała ciążę i nie chciała pracować. Przez cały dzień nic nie robiła i
po raz drugi zaszła w ciążę. Musieliśmy wyrzucić ją z domu, mimo iż nie
mieliśmy na to ochoty. Najmłodsza nie była zbyt inteligentna, ale miała
buntownicze usposobienie. Nie miała dla nas szacunku i roztrwoniła nasze
pieniądze. Brała narkotyki i została schwytana przez policję. Odmówiliśmy
jej pomocy, jeśli nie przyrzeknie, że się zmieni. Opuściła dom. To był
koszmar. Nie wykluczaliśmy rozwodu. W końcu moje życie stało się piekłem.

Chcę być z tobą, potrzebuję cię. Jestem szczęśliwy, kiedy cię dotykam,
widząc, po prostu będąc z tobą. To przyjemne. Tak naprawdę to wcale nie
chcę być sam, sam z sobą, zupełnie sam.
Wiesz, jak myśl o ubóstwie, osamotnieniu i niemocy może ci nie dać
spokoju. Strach przed niepowodzeniem, odrzuceniem, brakiem przynależności.
Doświadczanie tego, że nie jest się kochanym jako niemożność kochania w
ogóle. Pewien określony posmak, który wlecze się za tobą odkąd miałeś
przyjaciół, pracę i domy. Samotność w mieście.
Bycie razem nie było złe, wiesz, że tak jest. Nie opuszczaj mnie, nadal
cię kocham. Proszę, nie opuszczaj mnie. Jeszcze nie teraz. Samotność. Cóż
będę robił bez ciebie? Samotność. Pół świata umarło.

Rozwód, alimenty, dowody zdrady. Z depresji wpadłem w nałóg lekomanii.
Zacząłem pić i cierpiałem z powodu wrzodów. Znalazłem sobie przyjaciółki,
lecz zacząłem się starzeć, a one wzięły mnie dla moich pieniędzy.
Straciłem wiarę w siebie. Coś w bólu mnie opuszczało, chociaż nie byłem w
stanie tego „przyczepić”. Życie stało się puste. Byłem stracony.
Pracowałem ciężej, niż kiedykolwiek. Nowe techniki oznaczały jednak, że
nie górowałem już na swoim polu. Należał mi się odpoczynek. Zasugerowali,
abym po wszystkich tych latach odszedł na wcześniejszą emeryturę. To było
wszystko, co mi jeszcze pozostało. Walczyłem tak dobrze jak tylko
potrafiłem i przegrałem.

Twarzą w twarz z moją twarzą.
To zabawne, że mówię do siebie tak jak do każdej innej osoby. Tyle rozmów
jest w mojej głowie. Duszę się. Zostawcie mnie samego. Mam dość,
odejdźcie, zostawcie mnie w spokoju, proszę… Chcę być sam…

Bez dzieci. Bez żony. Bez pracy. Bez domu. Bez przyjaciół. Mam tylko
samochód i po raz pierwszy w całym swoim życiu wolny czas i nic do roboty.
Jaki był cel tego wszystkiego? Zmarnowałem sobie życie. Nie wiedziałem, co
z sobą zrobić. Wszystko, co zbudowałem w młodości, legło w gruzach. Żyłem
snami i fotografiami; długo drzemałem w domu nad morzem. Nuda była
niewiarygodna. Czekałem aż coś się zdarzy. Cokolwiek. Chciałem umrzeć.

Jakie to wszystko ma znaczenie?
Problem polega na tym, że chcemy być szczęśliwi. Nawet wśród wszystkich
materialnych wygód, które zostały specjalnie wymyślone po to, aby zapewnić
nam szczęście, nie zmieniła się podstawowa natura cierpienia i jego
przyczyny. Nasze fizyczne cierpienie stało się mniej rażące i bardziej
trywialne: ołowica staje się coraz silniejsza, zepsuty samochód, rachunki,
które trzeba zapłacić. Utrzymywanie naszego standardu przeżycia sprawia,
że nasze życie staje się coraz bardziej skomplikowane, a my stajemy się
ofiarami narzuconego sobie porządku.
Zbudowaliśmy sobie na przykład samochody o opływowych sylwetkach, z
obitymi pluszem siedzeniami, które jeżdżą coraz szybciej i są bardziej
stylowe. Im więcej ich produkujemy, tym większy jest ruch miejski, a kiedy
tkwisz w środku miejskiego tłoku, niewielkie znaczenie ma fakt, czy
prowadzisz Porsche’a, Citroena, Mini czy Rolls Royce’a. Po prostu
utkwiłeś.
Nasze problemy umysłowe są intensywne: próbują zbudować wokół nas kokon
pozornego bezpieczeństwa, zabezpieczając się przed problemami. Zawsze
jednak pojawia się nieoczekiwana zmiana; rzeczy nigdy nie idą w ślad
naszych planów.
Życie ma tendencję, by stawać się złośliwym kręgiem, w którym tkwimy,
spełniając materialne i psychologiczne potrzeby nas samych, służących,
przyjaciół, szefów, kochanków, nauczycieli, itd. Nasycamy sytuacje, które
powielają się bez końca, nieustannie stwarzając coraz więcej przyjaciół i
wrogów, tego co lubię i czego nie lubię, co w miarę upływu życia sprawia,
że stajemy się coraz bardziej wyjałowieni. Nie potrafimy wyłamać się z
tego z powodu strachu przed całą strukturą, jaką nasze życie w nas
wydrążyło. Ucieczka jest coraz bardziej utrudniona.
Budda uczy nas, żebyśmy stawili temu czoła i przyjrzeli się temu
nieskończonemu kręgowi cierpienia i frustracji, a nie chowali się przed
nim. Z tego powodu

…ludzie skarżą się, że buddyzm jest wyjątkowo posępną religią,
ponieważ podkreśla cierpienie i smutek. Religie zwykle mówią o pięknie,
pieśni, ekstazie i błogości. Jednak według Buddy musimy zacząć od ujrzenia
doświadczenia życia takim jakie ono jest. Musimy dojrzeć prawdę
cierpienia, rzeczywistość braku satysfakcji. Nie możemy jej zignorować i
próbować tylko badać chwalebne i przyjemne aspekty życia. Jeżeli szuka się
ziemi obiecanej, wyspy skarbów, to takie poszukiwanie prowadzi tylko do
większego bólu. Nie możemy dotrzeć do takich wysp; w taki sposób nie uda
się nam osiągnąć Oświecenia. A zatem wszystkie szkoły buddyzmu zgadzają
się co do tego, że zacząć od stawienia czoła rzeczywistości naszych
życiowych sytuacji. Nie możemy zacząć od śnienia. Może to stanowić tylko
czasową ucieczkę; prawdziwa ucieczka jest niemożliwa.
(Chogyam Trungpa Rinpocze, Mit wolności)

Jak się okaże, cały ból i frustracja, których doświadczamy, jest
niepotrzebne, nieuzasadnione i stanowi stratę czasu. Gadanina „ego” robi
górę z kretowiska, które początkowo nie istnieje!
Budda zobaczył śmieszność tego wszystkiego i to pobudziło jego
współczucie, działanie i poczucie humoru:

Ponieważ wszystko jest tylko zjawiskiem,
Będąc doskonałe takim jakie jest,
I nie mając nic wspólnego z aprobatą bądź odrzuceniem, dobrem czy złem,
To równie dobrze możesz wybuchnąć śmiechem.
(Longczenpa)

Sens tego możemy ujrzeć tylko przez chwilę, kiedy to czytamy (wielu
z nam to się nie uda), ale potem z powrotem wślizgujemy się na nasze stare
ścieżki, na których przeminął skutek, a nawet pamięć o tej świadomości.
Chodzi tutaj o pracę mającą na celu uświadomienie sobie tego. Dlatego
Budda ujawnił metodę, która wyjaśnia chaotyczność naszych nawyków
poprzez:
– powstrzymanie się od szkodzenia innym,
– wykonywanie pozytywnych czynów
– oraz okiełznanie umysłu.
Niestety – co jest całkiem oczywiste – ani postać Buddy, ani Chrystusa nie
są w stanie nas ocalić. Sami musimy to zrobić. Mniej ustępując naszym
starym nawykom i przyjmując nowe, możemy stopniowo osłabić ich
intensywność, z jaką nas trzymają. Może się wydawać, że praca skupiająca
się głównie na samym sobie jest czymś raczej egoistycznym, jeśli jednak
nie ma ona pierwszeństwa, to przypomina to ślepca prowadzącego innego
ślepca. Trudność wyjaśnionej karmy można porównać do rządowej maszynerii.
Z czasem pojawia się nowy, mający jak najlepsze intencje rząd, ze
wszystkimi jego obietnicami – tyle rzeczy musi być zmienionych i tyle
szkód nie zostało naprawionych – że przez długi czas jest nimi tak
związany, że nie jest w stanie zacząć własnych projektów.
Mamy spuściznę naszej karmy i prędzej czy później musimy wycofać się po
naszych śladach i powrócić do punktu wyjścia. I podobnie jak podróż z
Paryża do Londynu, możemy to zrobić na wiele różnych sposobów:
– iść pieszo, tak jak robimy to w naszym codziennym życiu;
– samochodem, co jest jak odkrycie ścieżki;
– polecieć samolotem, co jest jak wzięcie ścieżki bardzo poważnie;
– albo polecieć Concordem, co jest jak dotarcie wprost do celu i całkowite
wyjście poza karmę.
Zamierzona na tysiąc mil podróż zaczyna się od pierwszego kroku.
Przede wszystkim, nasze tak zwane „negatywne”, a następnie nasze
„pozytywne” działania zostają rozwikłane i stopniowo ujawniamy fikcję
samej karmy. Po wyeliminowaniu karmy osiągamy punkt widzenia Buddy:

Mój pogląd jest nieograniczony i wolny jak przestrzeń,
Moje działania są precyzyjne i wyliczone jak drobiny mąki.
(Padmasambhawa)

Karma przypomina energię atomową; jak atom, każde działanie tworzy
całość. Aby uwolnić czystą energię Natury Buddy, karmę można podzielić na
atomy.
Przez większość czasu po prostu naśladujemy te same negatywne wzorce,
koncentrując się na przeszłości bądź przyszłości. Nigdy naprawdę nie
doświadczamy teraźniejszości. Nasze życie składa się z nie kończących się
reminiscencji i oczekiwań.
Nasze negatywne działania mogą ściągnąć nas w dół do punktu, w którym nie
mamy już siły ani impetu do pozytywnego działania, wskutek czego
zgromadzimy coraz więcej negatywnej karmy. Bardzo trudno znaleźć
przestrzeń dla oddychania, z której zaczyna się przełamywać negatywny
wzorzec, podobnie jak jest z poczuciem tego, że urodziło się na straconej
pozycji.
Życie człowieka przypomina łódź; jeśli wykorzysta się je we właściwy
sposób, przeniesie nas przez wodę; jeśli nie – pogrążymy się i utoniemy.
Jako istoty ludzkie mamy moc działania w celu zmiany naszego
przeznaczenia. Siła naszego działania polega na tym, że mamy wybór –
możemy działać w sposób konstruktywny lub destruktywny. Tacy jakimi
jesteśmy, posiadamy podstawowe wyposażenia i wolności [Chodzi o osiem
tzw. „wolności” i dziesięć „wyposażeń”, niezbędnych do tego, żeby nasze
ciało można nazwać „cennym ludzkim ciałem” – przyp. tłum. ] do osiągnięcia
prawdziwego szczęścia dzięki urzeczywistnieniu naszej Natury Buddy.
Rozpoznając wyjątkowość tej sposobności i wolności, odnajdzie się radość,
energię i moc.
Nie znamy naszych przeszłych czy przyszłych żywotów; wszystko, co mamy, to
nasze życie, teraz, dopóki nie umrzemy, a to może się zdarzyć już jutro.
Jeśli świadomie pozwolimy odejść tej sposobności, może nigdy nie powrócić.
Może to być nasza jedyna szansa i musimy ją wykorzystać w twórczy sposób.
Pewien wielki lama praktykował niegdyś tak mocno i tak bardzo się do tego
zmuszał, że znalazł się w niebezpieczeństwie zachorowania. Jego nauczyciel
poradził mu, żeby się zrelaksował, na co on odparł, że kiedy myśli o
cenności ludzkiego życia, nie ma czasu na zmarnowanie.
Nasze nawyki są tak silnie nasycone i odrętwiałe, że dopóki prowadzimy
zintensyfikowane życie, lub coś szokującego albo przerażającego się nam
przytrafia, nawet o tym nie pomyślimy, sami stawiamy czoła nieszczęściu,
rozpaczy, banalności, klaustrofobii czy uwięzieniu naszego życia z dnia na
dzień. To właśnie to zintensyfikowanie może dać wam inspirację i
determinację do uwolnienia się. Aż do tej chwili wszelkie wyobrażenia,
jakie mieliśmy na temat wolności, wszystko jest tylko mitem. Ta
determinacja nosi tradycyjną nazwę „wyrzeczenia”; jeśli naprawdę was
dotknie, nigdy już nie będziecie sterowani przez uwodzicielską, tkaną
przez „ego” sieć. Tę przewagę musicie wykorzystać już teraz; nie ma czasu
na zmarnowanie.
Bez podstawy wyrzeczenia nigdy nie będziecie w stanie rozpocząć ścieżki do
wolności.

MEDYTACJA

Zmiana w sercu może nastąpić jedynie za sprawą silnego poczucia
nieszczęścia naszej sytuacji. Nie jest to doświadczenie „tybetańskiego”
czy „zachodniego” przebrania, ale istotne, osobiste przeżycie.
Najciemniejsza godzina jest tuż przed świtem. Gdy wszystko się wali i
wydaje się nie mieć sensu, jedyną rzeczą, jaką mamy do zrobienia, to po
prostu zaakceptować to i „puścić” tę sytuację.
Wszystkie nasze problemy powstają z lgnięcia. Medytacja jest środkiem,
dzięki któremu możemy oduczyć się naszej tendencji do chwytania. Kiedy
„puszczamy”, pojawia się naturalne odczucie przestrzeni. To jest
medytacja. Zarówno „puszczenie” jak i chwytliwość znajdują się w umyśle,
tym umyśle, który – kiedy nie jest uważny – jest tak zajmujący, zręczny i
nadmiernie zwodniczy. Medytacja jest ścieżką prostoty, rozwinięcia,
przystosowania się, stanięcia twarzą w twarz z umysłem; próbą okiełznania
umysłu przez umysł.
Podstawą praktyki medytacyjnej jest relaksacja. Ważne jest po pierwsze to,
żeby czuć się wygodnie i pozwolić uspokoić się myślom i uczuciom. Nie ma
niczego co można by osiągnąć, a zatem „puśćmy” wszystko. Pozbądźmy się
wszelkiej powagi, a nawet idei tego, że medytujemy. Pozwólmy, żeby nasze
ciało i oddech pozostały takimi jakie są, naturalne. Co do umysłu, istota
rzeczy polega na tym, aby nie tłumić, ani nie stwarzać myśli, lecz po
prostu pozwolić im być, nie dając się im uwodzić ani rozpraszać. Nie
próbujcie nimi manipulować. Jeśli śnicie lub myślicie… po prostu śnijcie
lub myślcie… Jeśli nie będziecie dodawać paliwa, myśli się po prostu
wyczerpią.
Stopniowo rzeczy osadzą się w sposób naturalny w swoich miejscach, tak jak
jest wtedy, gdy wysypiemy garść ryżu na płaską powierzchnię: każde ziarno
samorzutnie osadzi się na swoim miejscu.
Jeśli raz znajdziecie pewien spokój umysłu, wyprostujcie plecy i
zachowajcie czujność. Potem po prostu bądźcie i trwajcie zrelaksowani.
Jeżeli stwierdzicie, że macie kłopoty z „puszczeniem” i pozostawaniem w
ten sposób, i potrzebujecie coś zrobić lub za czymś podążać, wówczas
uświadomcie sobie swój oddech. Jeśli i w ten sposób nie uda się wam
porzucić aktywności, wówczas istnieje skuteczny środek spożytkowania
swojej aktywności: dostrojenie się do siebie.
Każdy oddech jest życiem; prosty, potężny, zwykły i wolny. Jeśli zrobisz
wydech i nie nastąpi ponowny wdech – jesteś martwy.
Po prostu uświadomcie sobie oddech, który wchodzi i wychodzi. Należy
zachować delikatną uważność. Zachowaj współczucie wobec swojego oddechu,
nie chwytaj go, ani nie koncentruj się na nim zbyt mocno.
Bądź z oddechem, płyń z oddechem. Jest tak jakbyś był chmurami
przepływającymi po niebie lub trawami poruszanymi przez wiatr. To się po
prostu dzieje.
Gdy przez chwilę staniecie się świadomi oddechu, to oddech, oddychający i
oddychanie staną się jednym.
Kiedy nie jesteś już świadomy swojego oddechu, istnieje niebezpieczeństwo
utkwienia w teraźniejszości oddechu, stania się nieświadomym. Pozostańcie
czujni i „puśćcie” wszystko. To wraz z każdym oddechem stwarzacie neurozy,
zahamowania i karmę. Z każdym oddechem uwalniacie się więc symbolicznie,
pomyślnie i rzeczywiście. Bądźcie wydechem; bojkotujcie wdech. Każdy
oddech rozpuszcza się w przestrzeni, takości, Naturze Buddy albo Prawdzie.
Następnie, w przestrzeni tej przestronności, niemal przerażeni, po prostu
bądźcie. Nigdy możecie nie powrócić!
Zaczynamy od praktyki, a nie doskonałości; gdybyśmy byli doskonali, nie
potrzebowalibyśmy praktykować; „to praktyka czyni z nas istoty doskonałe”.
Wszyscy wolelibyśmy raczej znaleźć doskonałego nauczyciela i doskonałą
praktykę, aniżeli wysilać się.
Tak więc jest to pewna prosta praktyka: wydech – rozpuszczenie –
przestrzeń, wydech – rozpuszczenie – przestrzeń. Nie zmieniajcie jej
jednak w mentalną grę, mechaniczne ćwiczenie i nie narzucajcie jej żadnego
rytmu – wówczas nie byłoby w niej przestrzeni.
Niektórym ludziom medytacja z oddechem jest zbyt bliska, tak jak umysł
patrzy na umysł nagi, przez co alternatywną praktyką jest koncentrująca
medytacja.
Niech wasz umysł spocznie lekko na obiekcie lub obrazie, wybierając te,
które w pozytywny sposób was inspirują i otwierają was na skojarzenia.
Idealny jest kwiat, płomień – cokolwiek, co zawiera w sobie odczucie
ciepła – święty posąg, na przykład Buddy czy Chrystusa.
Wkrótce uświadomicie sobie takość obiektu, poza trwałą zewnętrzną formę.
Świadomość przestaje odróżniać czy chwytać się.
Na początku praktyka może być ekscytująca, potem nudna, a nawet bolesna.
Siedźcie przez wszystkie te doświadczenia i nawet jeśli nie możecie
praktykować, nie wpadajcie w gniew. Nie myślcie o praktyce, ale po prostu
trwajcie w niej. Kontynuujcie praktykę z poczuciem humoru. Po chwili
odkryjecie właściwy dla siebie styl i rytm. Wtedy jesteście gotowi do
tego, by zobaczyć nauczyciela, który może udzielić wam rad i poprowadzić
was w waszej praktyce, ponieważ istnieje wspólna przestrzeń doświadczenia.
W tym punkcie wasza praktyka nie jest już dłużej markotna czy zmienna jak
angielska pogoda, ale staje się bardziej przestronna. Nie potrzebujecie
już żadnych technik. Po prostu będziecie w tym medytacyjnym stanie umysłu.
Zanim spróbujecie zastosować medytację w sytuacjach codziennego życia,
powinniście stopniowo zaaklimatyzować się do tego stanu umysłu. Nie
ryzykujcie eksperymentowania ze swoją duchową mocą. Idźcie krok po kroku.
Następnie będziecie mogli sobie pozwolić na zastosowanie jej w wygodnych,
neutralnych sytuacjach, potem w nieznanych sobie sytuacjach, a w końcu
nawet w sytuacjach pełnych agresji czy namiętności.
Dzięki doświadczeniu praktyki medytacyjnej, z tej przestronności pojawi
się w was pewna umiejętność: dowiecie się, kiedy i co powinniście robić.
Duchowość nie jest oddzielona od codziennego życia; ścieżka praktyki do
Oświecenia prowadzi przez codzienne życie.
Medytacja nie jest ani natychmiastowym panaceum, które rozwiąże wszystkie
wasze problemy, ani też szczególnym lekiem na bóle głowy, bezsenność, itp.
Jest to stopniowy proces rozwoju i leczenia, z którego powstaje pewność,
że poradzimy sobie ze wszystkimi sytuacjami życiowymi.

OTWARCIE SIĘ

Kiedy podróżujesz po ścieżce, doświadczenie medytacyjne staje się
głębsze i wolniejsze.
Jesteś w „Teraz”, w spokoju stykasz się z samym sobą. Wówczas
niespodziewanie pojawia się pewna otwartość.
Siedzisz tutaj. Jest piękny dzień. Dach odlatuje, ściany się rozpadają,
pokój się otwiera. Niespodziewanie siedzisz na szczycie góry. Przed tobą
jest przejrzyste, niebieskie morze i błękitne niebo, które łączą się z
sobą na horyzoncie w oddali. Wieje świeża, chłodna bryza. Pojawia się w
tobie jakaś podnosząca na duchu, nieograniczona przestronność. Z tego
ostrego poczucia ciepła powstaje, radosna i troszcząca się, która jest
taka sama dla wszystkich istot bez zróżnicowania.
Jest to współczucie, powstające spontanicznie z otwartości perspektywy
medytacyjnej „poglądu”.
Wszystkie doświadczenia, bez względu na to jak by się nam nie wydawały
duszące czy frustrujące, widzi się jako w istotny sposób „puste”; nie
puste w nihilistycznym sensie opróżnienia, lecz bezgranicznie bogate i
otwarte. Ponieważ to współczucie opiera się na urzeczywistnieniu natury
zjawisk, a nie sentymentalnych projekcjach czy litości, jest na ogół
właściwe i pomocne. Urzeczywistnienie własnej Natury Buddy wzbudza
szacunek dla Natury Buddy wszystkich pozostałych istot.
Jako motywację do praktyki możecie w tym stanie otwartości i współczucia
przywołać Prawdę tej otwartości:

Oby dzięki mocy i prawdzie tej praktyki
Wszystkie istoty osiągnęły szczęście i przyczynę szczęścia,
Oby były wolne od cierpienia i przyczyny cierpienia,
Oby żyły w przeświadczeniu o równości, bez przywiązania i awersji
I oby żyły wierząc w równość wszelkiego istnienia.

Na bezjaźniowej ścieżce bodhisattwy wszystkie działania inspirują i
przenikają właściwości: szczodrości, dyscypliny, cierpliwości, wysiłku,
medytacji, poznania, skutecznych środków, wizji, mocy i mądrości.
Robiąc jeden krok dalej, nie ma dawcy, daru, ani tego kto dar przyjmuje, a
jednak dajesz – humorystycznie, współczująco i radośnie. Jest to
współczucie bez punktu odniesienia, wolne od przyczyny i skutku.
Nieograniczona przestrzeń Natury Buddy znajduje się poza wszelkimi
pojęciami, nawet poza pojęciem „poza”. Sam oświetla się jak słońce, które
lśni, ponieważ taka jest jego natura. Istnieje w tym ogromna
przejrzystość.

ŚCIEŻKA JOGI

Doświadczenie w ramach tej otwartości jest jednością, „jednym
smakiem”, połączeniem:
– dobra i zła
– yin i yang
– dualizmu i niedualizmu
– zrozumienia i niewiedzy
– wolności i uwięzienia
– przestrzeni i inteligencji
– skutecznych środków i mądrości
– osoby i jej świata.
Ta otwartość czy też połączenie jest jogą.
Trzy aspekty tej otwartości to: pusta natura, własna świetlistość i
współczucie. We wszystkim – w naszych umysłach, naszych ciałach, naszym
środowisku – są naturą, błogością i ekspresją; czyli własną świetlistością
i tym, co się jawi. W kategoriach doświadczenia: jesteś słońcem, światłem
słońca i promieniami, które pojawiają się bez przeszkód.
Powstaje poczucie inspiracji, radości i ekstazy; oczy napełniają się
łzami, włosy niemal stają dęba, emocje prawie że was zatykają. To głębokie
odczucie jest Guru, wewnętrznym Guru, który stanowi jedność z Naturą
Buddy. Z wnętrza pobudza wasze oddanie ku zewnętrznemu Guru, tego, którego
widzicie, a który jest wyłącznie waszym wewnętrznym Guru działającym w
osobisty sposób.
Jakiekolwiek działanie wykonywane z tym poczuciem otwartości i ekstazy,
jest „mudrą”, „tańcem wadżry”. Wtedy nawet najprostsza aktywność może stać
się najpotężniejszą praktyką.
„Mamy oczy, ale nie widzimy”. Prawdziwe widzenie naszymi oczami oznacza
widzenie z Naturą Buddy. Kolory, kształty i ruchy mówią do ciebie;
wszechświat postrzega się jako energie lub mandale. Jesteś centrum tej
mandali, twoje środowisko jest jej obwodem. Jednak centrum przenika obwód,
a obwód jest skupiony w centrum. Natura Buddy i percepcje, Guru i jego
manifestacje są jednym w tym raju, tym „Królestwie Niebios”.
Formy jawią się jako Buddowie, dźwięki jako mantry, a myśli jako mądrość.
Nie należy tego brać dosłownie; oznacza to, że postrzegasz Prawdę Formy,
Prawdę dźwięku, Prawdę myśli.

Chociaż postrzega się różne formy, ich istota jest pusta; jednak w
tej pustce postrzega się formy. Chociaż słyszy się różne dźwięki, ich
istota jest pusta; jednak w tej pustce słyszy się dźwięki. I chociaż
powstają różne myśli, ich istota jest pusta; jednak w tej pustce postrzega
się myśli.
(J. Św. Dudjom Rinpocze)

Podstawą tantry jest czystość percepcji. Ta percepcja rozpoznaje to,
co jest właśnie takie jakie jest. Nic tu nie zostało zmyślone – jeżeli
wszystkie istoty są Buddami, wówczas widzi się je jako takie.
Jesteście gotowi, by przekształcić wszystko jak paw, który tańczy z
radością na widok trucizny, potem połyka ją i przekształca w piękno i
łaskę. To jest moc przekształcenia:

Pijąc ogień, ubierając wodę,
dzierżąc maczugę wiatru,
oddychając ziemią,
jestem Panem trzech światów.
(Chogyam Trungpa Rinpocze)

Jest to „duma wadżry”. Nie jest to względna, egoistyczna duma, lecz
wewnętrzna moc, jakby „lwi ryk”, który niemal unosi się w powietrzu,
któremu jednak towarzyszy bardzo trzymająca się ziemi pokora i oddanie dla
Guru.
Mimo iż nasza Natura Buddy jest przesłonięta złudzeniem, wychodzi poza nas
i powraca, aby nam powiedzieć, co jest nie tak. Ta zewnętrzna manifestacja
jest Guru, który współczująco pojawia się we wszystkich sytuacjach,
formach, dźwiękach, myślach… itd., aby ukazać nam naszą naturę Buddy.
Przyjął nawet na siebie naszą cielesną formę, aby być z nami i
porozumiewać się na naszym poziomie. W rzeczywistości wszystko mówi nam i
wskazuje na to, czym naprawdę jesteśmy, gdy jednak drzwi naszej percepcji
są zamknięte, to klucz do nich spoczywa w ręku Guru. On jest centrum,
szefem mandali, a wszystko wokół niego jest jego przejawem.
Jednak Guru przekracza ograniczenia związane z osobowością.
Istotą ścieżki jogi jest oddanie dla Guru. Jest to skuteczna ścieżka,
która na dotarcie do słońca wykorzystuje jego promienie. Guru jest
ucieleśnieniem wszystkich Buddów, przewodnikiem i źródłem wszystkich
błogosławieństw. Energia Buddów, bóstwa, to Dharma, źródło wszelkich
osiągnięć. Okoliczności, dakinie, to Sangha, przyjaciele i źródło
wszelkiej inspiracji.
Guru joga jest ostateczną praktyką, największym i najbardziej
przenikającym procesem leczenia i oczyszczenia emocjonalnego. Jest to
praktyka, w której stajemy twarzą w twarz z naszą prawdziwą naturą.
Wzywanie wewnętrznego Guru ujarzmia emocjonalne negatywności i rozsadza
neurozy. Przestrzeń stwarzana przez ten podbój jest wolną przestrzenią, w
której się relaksujemy i pozostajemy zjednoczeni z Guru.
Błogosławieństwa, jakie otrzymujecie od Guru zależą od posiadanego w głębi
serca oddania. Im bardziej jesteście otwarci, tym więcej widzicie. W końcu
oddanie i jego przedmiot stają się nierozdzielne.
Pewna stara Tybetanka prosiła swego syna, aby z którejś ze swych licznych
podróży do Indii przyniósł jej relikwię Buddy. Dwa razy o tym zapomniał, a
kiedy udał się tam po raz trzeci, zagroziła mu, że popełni samobójstwo,
jeśłi nie przyniesie jej jakiejś relikwii. W drodze powrotnej do Tybetu,
gdy zbliżał się już do domu swojej matki, nagle przypomniał sobie o tym.
Rozglądając się wokół, zobaczył leżącą na ziemi czaszkę psa. Wyjął z niej
ząb, owinął go w jedwab i podarował matce jako relikwię Buddy. Była bardzo
uradowana, położyła go na ołtarzu i modliła się przed nim dzień i noc. Jej
oddanie było tak silne, że po tygodniu z zęba zaczęły się wyłaniać
relikwie.
Jeśli do tego stopnia potrafimy się wyrzec „ego”, oddanie będzie działać
bez względu na jego obiekt. Wszystko, co pozostanie, jest wewnętrznym
Guru.
Czyny Guru uczą nas tego procesu wyrzeczenia. Często niekonieczne są nawet
formalne nauki, jak mówi o tym przykład Marpy i Milarepy. Dobry nauczyciel
wyciąga ze swego ucznia to, co najgorsze. Wszystkie jego negatywności
wydostają się na powierzchnię, a nie zostają zamiecione pod dywan. Dobry
uczeń widzi w swoim nauczycielu to, co najlepsze.
Możliwe, że ten związek wyrzeczenia jest zarazem najlepszą i najłatwiejszą
ścieżką do wyzwolenia; zarazem jest też ścieżką najtrudniejszą. Możliwe
jest osiągnięcie wyzwolenia w jednym życiu.
Chrystus i Budda mogą do nas przyjść, ale jeśli nie jesteśmy otwarci, nie
będą w stanie nic zrobić, aby nam pomóc. Ufność może przenieść nie tylko
górę, ale nasze „ego”, które jest nawet większe od niej.
Jeżeli w tej książce jest coś, co może was zainspirować, jest to
przesłanie waszego Guru.
Pozostańcie w stanie przejrzystości i otwartości, w poczuciu jedności. I
gdy powstajecie z tego, to bez względu na to, czym cieszycie się wewnątrz,
dajcie to innym istotom lub podarujcie Buddom.

Jestem bóstwem; bóstwo jest mną.
W naturalnie i spontanicznie powstałej z siebie mandali,
Nie ma nic do przyjęcia, ani odrzucenia,
Nic dobrego ani złego.
Skłaniam się uniżenie, życząc pomyślności.

BIOGRAFIA AUTORA

Sogyal Rinpocze jest lamą tybetańskim, uczonym i nauczycielem
medytacji, który obecnie mieszka na zachodzie. Wykształcony w wielu
tradycjach buddyjskich, uczył się u najbardziej szanowanych nauczycieli.
Wielki Dziamyang Khyentse Czokyi Lodro z klasztoru Dzongsar w Kham Derge
we wschodnim Tybecie traktował go jak syna. Został rozpoznany jako
inkarnacja (tulku) Tertona Sogyala, Lerab Lingpy, odkrywcy term (duchowych
skarbów) Guru Padmasambhawy, który był osobistym nauczycielem i
przyjacielem poprzedniego, XIII Dalaj Lamy.
Rinpocze jest bratankiem zarówno Gyalwa Karmapy jak i Dingo Khyentse
Rinpocze. Towarzyszył J. Św. Dalaj Lamie podczas jego pierwszej podróży na
zachód. W latach 70-tych założył Orgyen Cho Ling, a następnie sieć
ośrodków Rigpy (w Londynie, Paryżu i wielu innych miastach). Posiada
wyjątkową umiejętność wyrażenia istoty nauk Buddy, używając języka i
sposobu obrazowania współczesnej kultury, wznosząc w ten sposób most nad
przepaścią, jaka istnieje pomiędzy najbardziej ezoteryczną tradycją
wschodu, a codzienną rzeczywistością życia na zachodzie.